Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chciał skoczyć i podać, obuć gołą nogę, czy ja wiem co, otumaniło mnie dokrzty — dopiero mnie jakiś wojskowy z konwoju odciągnął — a ten tam nademną przechylił głowę i wywiesił język; — w prawym kącie warg pokazała się krew i ciurkiem ściekała po nim na bruk; — a tam ten drań patrzał z okna, z nad wywieszonego dywanika z orłem dwugłowym — patrzał w otoczeniu świty — i śmiał się skurwisyn głośno — dotąd to mam w uszach —
A potem ciszej, ostrzegawczo:
— różnie też opowiadają, niech się obywatel strzeże — szpiegów na każdym kroku kupa —
Widać nie mógł z siebie strząsnąć tamtego piekielnego obrazu, bo jeszcze go swej i słuchacza wyobraźni podsuwa:
— byście widzieli! byście widzieli! — te wyszczerzone pyski dowódców i sztabowców — od śniadania pewnie co wstali — lśnią żarłoczne siekacze pod czarnym zakręconym wąsem — epolety, wyszywania, parada, ordery za mord, za zbrodnię, za gwałt, za niszczenie i pożogi —
Zacisnął pięści —: — śmierć tych lat tak wyglądała, i, tak myślę, tych co idą będzie podobna, bo to się obywatelu nie uspokoi — za dwadzieścia, albo trzydzieści lat wybuchnie, za dużo niesprawiedliwości zeszło się na tę część świata; i taka wyszczerzona będzie przyszła śmierć, i taka samą, tylko mundur na niej będzie innego kroju i barw; śmierć lubi się stroić i przebierać —
Wychylił się przez okno i chłodził rozpaloną twarz; potem już spokojnie: