Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— temu to, panie dobrodzieju, że tu do Widnia eksportują — stąd i słowo eksport — wyższą sortę, bo co Wideń to Wideń — ani zrównać, panie dobrodzieju, z Monachium; — pociągnął nosem, charknął i splunął do chusteczki, którą w pewnej odległości od ust trzymał; przyjrzał się plwocinie dokładnie, skrupulatnie zawinął i wytarł wąsy mocno i długo; dodał jeszcze w formie objaśnienia: — panie dobrodzieju, tak to jest —
Nalany młodzieniec - ciamajda, pan Stanisław, westchnął i zalirycznił:
— gdzie to te czasy, gdy się wilię jadło taką, co to siano pod obrusem, bo u nas, trzeba państwu wiedzieć, mamcia dbała o tradycję, bardzo dbała, żeby pod obrusem siano, w czterech rogach, i żeby do pary siedziało przy stole i cień, żeby od wszystkich padał, a broń boże upuścić czy by to łyżkę, czy widelec, nóż względnie — ; — a dziś?! — — Namówili mnie koledzy do tych legionów, że mówili, i tak cię trzasną do trepów, nie lepiej ci z nami? — ale to za ciężkie dla mnie i organizm mam taki, — już w listopadzie jak się tylko pluty zaczęły dostałem takiego bronchitu, że aż strach, i do dziś trzyma (— zakaszlał przykładowo, wdzięcznie wyprężonymi palcami zasłaniając usta—) mamusia mi pisała, żeby lipowy kwiat, ale gdzie ja tu lipowy kwiat i opiekę skąd? — przecież to się z tego poci; — mnie się Wiedeń nie podoba, o nie —
Jakiś szarmancki i feszowny, na osę wcięty oberlajtnant przeciskał się poprzez gąszcz gości — słychać było wciąż jego uśmiechnięte: pardon, etschuldigen, przepraszam, pardon — — to pan Kocio, hra-