Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wałem? — nie pamiętam, — głowi się Cyprjan — nic nie pamiętam —)
Lecz wyjechał; — napewno jakoś tak, że niby nie do Wiednia; to pewne; naturalnie; — aha, aha!— już wszystko wiadomo! tak, tak, —: nadszedł rozpaczliwy list od przyjaciela, artysty malarza Ludka udręczonego już śmiertelnie w kadrowych kaźniach morawskich — list z Zauchtel — dziś i wtedy też: Suchdol; — Cyprjan skwapliwie skorzystał z okazji; wyjechać musi; przyjaciel! naprawdę przyjaciel! — pobędzie kilka dni i wróci.
Wierząc nie wierzyła w żadne z bujnych i zbyt wysokich słów, pani Kle. — Powiedział jej też, głaszcząc ją po twarzy: jak pojechał tak przyjedzie, jak cię kochał tak i będzie; — sam się tego wstydził, ale co było robić w takiej sytuacji — co? — intuicja i doświadczenie mówiły mu, że to pomoże. I pomogło, w tym momencie przynajmniej. To było w jakieś dwa dni przed wyjazdem, to spotkanie. Reszta czasu zeszła na jakim takim pakowaniu i przyładzaniu. Kle nie przychodziła. W dniu wyjazdu rano przybiegła Krysia —
— czy tu niema mamy — ? —
— nie, bo co — ? —
— wczoraj mama powiedziała, że idzie do lasu przejść się i nie wróciła —
— jakto, przez całą noc jej nie było — ? —
— nie było —
Na płacz jej się zbierało, lecz przypomniała sobie coś, co cofnęło łzy —:
— wie pan, wczoraj się do nas przyplątał śliczny kotek — skądeś przyszedł, wyskoczył na szafę