Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mykam oczy przy całowaniu, obojętne co i gdzie, gdy to już mija.
Z tymi myślami wracał do domu; w połowie tej krótkiej drogi, wydało mu się, że znów słyszy za sobą ten sunący, żwirowy szmer co onegdaj. Przystanął; szmer ucichł.
W tych tygodniach napisał kilka erotyków do Wisi, skomponował do nich melodie; wygrywał je po nocach (na fortepianie), żeby Kle nie przychwyciła go na tej przewinie; znowu byłyby pytania; wykrętne odpowiedzi; niedowierzania słuszne; — miał już wyraźny przedsmak tych tysięcy kłamstewek, łgarstw, wybiegów, nowelizacji zdarzeń, krycia się, ukrywania z lada drobiazgiem i głupstwem splunięcia nie wartym. Zmora życia! Kochać się odechce! — ale wtedy wogóle życie niema sensu; lepiej sobie zaraz.... wyciąć i śpiewać sopranem w kaplicy sykstyńskiej; albo za rzezańca do haremu; psiakrew! cholera! —
(— o wa! już choćby z tych nieco krańcowych wyrażeń widzę jak te sprawy daleko zaszły! — no, a co będzie potem! —)
A z panią Kle — ? — cóż, owszem, czasami czemuż by nie? — Powiedział, że do żadnego Wiednia ani myśli jechać; też coś!, — no bo po co? zastanów się, jakiż-by to był sens w takiej, jakbyś ty, kochanie, powiedziała, eskapadzie? no nie? —
Wobec takiego kategorycznego postawienia sprawy słał do „żadnego Wiednia“ listy czułe i pełne sentymentu nawiedzającego nas zawsze, gdy „objekt“ znajduje się daleko, i jeszcze pełniejsze nadmiernie obowiązujących zapewnień — tu też gorli-