Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


małym palcem pył z tego miejsca —a ponieważ przed tym zaciągał się suto i głęboko, niejako na zapas — wypuszczał długo dym w ten sposób manipulując dolną wargą, że błękitny opar z szumem przedzierał się przez gąszcze wąsów, które dymiły jak zagajniki mgłą w październikowe poranki.
Na ganku — Cyprjan już wychodził, oszołomiony docna tą wizytą — czekała pani Kle.
Z miejsca napadła na niego —:
— jedziesz za nią do Wiednia! —
— ja? — Zdziwił się; pomyślał, skąd ona to już wie, kiedy nikt nie wie; raz jeszcze dla pewności powtórzył:
— ja? —
— ty! ty! — a któżby? — może ja? —
— nie, tego nie przypuszczam, lecz skąd takie myśli — ? —
— to nie myśli! — ale tu! — Wskazała na lewą pierś.
— gołąbki — ? — Próbował zażartować —
— o nie! — nie gołąbki — to krogulce! —
(— zamgławiło: znów ptaki! — i ta druga konotatka: kobiety myślą sutkami i waginą; użył zresztą słów innych: c... i p...: — stąd takie nieomylne w tym co je naprawdę interesuje —)
Wyrażenia te obronne, jak wszelkie niemówione wyrażenia — nasunęły splot zjawisk wyobrażeniowych, który migiem przeistoczył się w zespół życzeniowy — więc przygarnął panią Kle nagle i wycałował; mimo gęstej już nocy przymknął oczy; — ponieważ, ona zawisnęła na wargach łakomie i przewlekle, przeto miał czas skonstatować: nieomylny znak! zawsze za-