Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


force człowieka ociekającego przeklętą krwią — zaprzysiągł sobie, że nic go nie zmusi do wzięcia w ręce parzących narzędzi mordu. Dotrzymał przysięgi.
Lecz o tym jeszcze będzie.
Teraz przecież z tą Wisią.
Raz po takiej długiej i wyczerpującej wszelki temat „lekcji“ — zaproponował — dla ratowania miłosnego prestiżu — spacer.
Zgodziła się.
— trzeba odetchnąć świeżym powietrzem —
— ciągle w tych książkach, pewnie —
— właśnie —
— przecież to nawet nie zdrowo —
— pewnie, że nie —
— właśnie —
— hm —
— no to czemu? —
— hm, czemu — — więc właśnie chodźmy już —
Poszli.
A gdy zaszli na szczyt wzgórka pomiędzy białe brzeziny i wonne sosny — usiadła na skale — a on poniżej — usiadł też, u jej stóp.
W samym tym powiedzeniu tkwi wszystko.
Ziemia zaczęła się nagle i gwałtownie oddalać — złe troski pozostały na niej, z chwilą każdą stawały się coraz bardziej odległe. A oni wznosili się jak w balonie — aż stali się pełni siebie.
Wargi jej miały taki smak, jaki zapowiadały: były mięsiste i soczyste jak wnętrze melona; smak raczej truskawek; były elastyczne. — Przymknęła oczy — a powieki zakrywające duże wypukłe, czarne