Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na dnie tej kryształowej szklaneczki lśni słona kropelka koloru złotego wina francuskiego; grav, chabli; coś w tym rodzaju; to — albo też okruszyna łajenka tam — tak blisko tego, co to wiesz; albo i jedno i drugie; kombinacje jak we wszystkim; — no i już jest to twoje „z krwi i ciała“. Jeśli piszesz akurat list miłosny — dopalasz kilka zdań takich co to w pięty idą; w pięty? — ech, co tam — znacznie wyżej. A ona sobie popija kawę. I ty wysączasz łyk kawy, a kawa twoja nagle ma smak słonawy; u — niedobrze!
(...miłość jest poniekąd przezwyciężeniem obrzydzenia...)
A ten pierwszy tomik — lat temu dwadzieścia i osiem — to nawet jak na pierwsze — wcale — niema co — dziecko kugluje na grzbiecie i bawi się gwiazdkami — podrzuca — łapie — no i — — —

Tupot szybkich kroków na korytarzu szpitalnym; zawsze tak wyraźnie słychać; do ustawicznego człapania pantofli słuch przyzwyczajony; wycieranie podeszew o słomiankę; pukanie; wchodzi Tadeusz Nering; zawsze puka; przezorny i wychowany tak.
— dobry wieczór — fe, jakie tu powietrze nieznośne —
— no bo pan ze świeżego powietrza —
Tadeusz zwyczajem swoim nie zrzuca palta; przystanął tuż przy drzwiach; głowa naprzód wysunięta; szyja chuda; klatka piersiowa zapadła; a końce trzewików ku sobie oczywiście.
Włodek zarechotał spoza płachty koncernu: