Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i konfrontuje zarazem — przypomnieniem najbliższym wzmaga w sobie niepokój — zżyma się, głuszonym perswazją, poczuciem winy; a perswazja: że przecież nic, że cóż — ciąg dalszy — jakoby nowe wcielenie kobiecości — —
Z każdą łączy się walka, wyzwolenie, etap — okresy, historie, dzieje — rozwój, ewolucja — zyski i straty — muzy! hory! ultima necat...
Bo przecież tak to jest: reprodukujemy od embria aż po moment właściwego wzwyżenia (— poczym poznać porę jego nadejścia — ? —) dzieje globu, gatunku, rozwoju człowieka; ze splotem niezatartych archaicznych impregnacji łączymy historyczne przemiany, kompleksy, urazy —; — wyświadamiamy etymologię kosmiczną; — aż którejś chwili (godzina — hora — ultima) stwarzamy sami jedną gałązkę — własną, nową — a każdym takim przyrostem szerzeje i wyżeje korona drzewa; drzewa żywota wybujałego na zwłokach przodków, oddychające prochem tysięcznych generacji; — przez pył ten śmiertelny przebija się wschodzące i zachodzące słońce — dlatego wschody i zachody są tak krwawe.
A potem już zwyczajnie, raptularzowo notują myśli: — za osiem dni pójdę stąd — dwa tygodnie pobędę z Wisią na wsi — dwa tygodnie bowiem to dość na wykończenie książki; musi starczyć; cała przecież już w mózgu napisana; przepisać więc: odpisać —
A teraz tych osiem dni...

Południe. Pielęgniarka, panna Zosia przyniosła obiad. Poprosił aby nadała telegram; dziś właśnie ma