Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tacie od pańskiego (to już do Tadeusza) tu pobytu niewielka zmiana na lepsze — raz tak, raz tak — uparty organizm; odsłoń no pan śledzionę —
Przed każdym łóżkiem krąg bielisty — jakieś sumaryczne zwiastowanie pańskie nad półnagim pacjentem; co młodsi lekarze spozierają ciekawie na profesorskie maniery, szybkie orientacje, trafne diagnozy i decyzje; są i starsi; jakiś prowincją na wiorstę tchnący łysy grubasek — na douczenie się wkręcił do profesora; teraz na palcach staje i szyję naciąga, zęby dojrzeć jak to ten profesor manipuluje i co odczytuje palcami z zapadłego brzucha, z jego lewej strony, ze śledziony.
— teraz, panowie, na salę drugą — przybył nam tam nowy gruczoł tarczykowy — a? — prawo serji, czwarty w tym tygodniu — basedow; — z tym nowym źle, bo to i serce — o — dotąd (zakreślił na kitlu skąd dokąd to powiększone serce sięga) —
jeszcze ten samobójca — przypomina doktór Ester —
— cóż z nim — ? —
— uratowany; już wraca do przytomności —
— a ona — ? —
— właśnie co umarła — wypiszczała nowinkarsko spoza białego kręgu lekarzy siostra Matylda — przed chwilą, poprostu kilka minut temu —
Złym wzrokiem spojrzał profesor na zakonnicę; nie lubił, niecierpliwił się zawsze; więc nieprzychylnie:
— pani ma zawsze wiadomości! no! —
— ksiądz ją już rano zaopatrzył —