Przejdź do zawartości

Strona:Zegadłowicz Emil - Ballada o świątkarzu.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

wyjął mu z między kolan kloc, a kozik z dłoni —
— usiadł pobok — nad pracą krwawą głowę kłoni
i struga — raz po razu patrzący w męczeństwo
by utrafić ze śpiącym rzeźby podobieństwo
by to czoło zorane te zmęczone oczy
zczolić i zoczyć w wieczny serca dzień roboczy
by to miejsce wymierzyć jedyne i jedno
kędy serce czatuje wpatrzone w bezedno
by miarą powsinogi na cal Boga wdrewnić
i tę wiedzącą nędzę nad gwiazdy wyśpiewnić
— skończył — — przygładził ręką i w pokornej skrusze
wyjął z śpiącego Wowra rozbożoną duszę
niepostrzeżenie zgoła z bezgrzesznego śnienia
przenikła wolą pańską na okraj ocknienia
i wetchnął ją Bóg w ono wystrugane ciało —
zewłok zastyg bezradnie, a drzewo zadrżało
wtedy Chrystus swe usta do rzeźby przybliżył —
niewiedno czy się człowiek czy Panbóg uniżył —?—
a zanużywszy palec w strudze krwi cierniowej
nazwał świątka na wieki chrztu bożemi słowy:

ŚWIĘTY WOWRO

BESKIDZKI PATRON
ŚWIĄTEK BOŻY
RZEŹBIŁ BOGA
BÓG MU OD DZIŚ SERCE SWE OTWORZY
— — — — — — — — — — — — — — — — —