Przejdź do zawartości

Strona:Zegadłowicz Emil - Ballada o świątkarzu.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

zabożyły się drogi skapliczały miedze
i wiodły odtąd wiernie w niezbadaną wiedzę —
rozwidlają się drogi
całe i niecałe —
pod skrzyżowanie ino
na tę bożą chwałę —
patrzy Chrystus przykucły frasobliwy bardzo
i chude pokutniki które ciałem gardzą —
Barbary i Agnieszki z okrągłym rumieńcem
otoczyły to okno prześwietlonym wieńcem —
patrzą i dziwują się i głowami kręcą
przegibują się w pasie i sercem się smęcą
i patrzą nieruchomą źrenicą farbioną
i westchnieniem drewniane wyskrzypują łono —
— patrzą —
a tam nad deską stołu niehebloną brudną
mozoli się ten majster nad dłubaczką żmudną —
kozikiem na odpuście kupnym za grajcary
wystruguje wymyślne zawidziane mary:
Pasterza idącego pod nawisłe strzechy
z słowami wybaczenia i wielkiej pociechy
bogatym, że ich mamon w zgubę gna coprędzej
biednym, że tak zazdroszczą bogatym ich nędzy —
cnotliwym, w których pokus niepokoje goszczą
niecnotliwym, że tamtym cnoty ich zazdroszczą —
mądrym, że drżą zbłąkani śród światów bezmiedzy
głupim, że tak dochrapać pragną się niewiedzy — —