Przejdź do zawartości

Strona:Zegadłowicz Emil - Ballada o świątkarzu.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

zbierają się w porójkę koślągi wielebne
Katarzyny kwiaciaste, Magdaleny zgrzebne
Floryjany, Kaźmierze, Izydory — inni
którzy z jakichś powodów też tu być powinni —
niepatrzeni niewidni wichrzą się kryjomie
przy tej chałpie na górce przy drogi załomie
kędy w żółtym migocie nikłego kaganka
struga świątkarz kozikiem —
— daleko do ranka —
— lecą wiórka lecą z lipowego pniaka
będzie zaś figurka i nieladajaka —
— skąd się wzion stary Wowro nik nie wi — nik nie wi —
ani go dąb pamięto ani las modrzewi —
tak ci razu jakiegoś wzion się z — nikąd z — nagła —
jedna spróchniała wierzba widać go zapragła —
bo zaroz na dzień trzeci wystrugoł ji Boga —
w te pędy się zbożyła wkrąg mamiąca droga —
w wierzbie — z którą — pedali djeboł sie ożenił —
wraz sie serce — i więcej: cały duch odmienił
rozkwitła wybujała fujarkowem pręciem
i jakiemś zadumanem wiecznem przedsięwzięciem
wiatr co niegdyś wężowem żądlił w niej strachaniem
dziś się modli weselnie srebrzystem śpiewaniem —
i tak się to poczęło —
a potem co kwilka na rozstajach przydrożach miedzach
i wertepach wyrastały świątki
jak wonne zioła ruty z marcinowej grządki —