Przejdź do zawartości

Strona:Zegadłowicz Emil - Ballada o świątkarzu.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Chrystusiki frasowne Matkiboski zielne
Barbary Floryjany — i świente kościelne
któryk się wypierają wszyśkie kalendorze
cujne rozumiejące okazują tworze —
— stróżują zadumaniem wiecznej tożsamości
za swą istność darzący z przebrania miłości
ścieżki, drogi, rozstaje, gadzinę, psy, koty,
idących, wracających z zgarbionej roboty — obojętnych,
wierzących — wszystkich w równej mierze
nizają różańcowo na dzienne pacierze —
— prostują życzliwości niestronniczej znakiem
drogę krętą przed dzieckiem, kostera pijakiem
— otaczają rąk wątłych niewidomym szańcem
wertepy i bajora poprzed obłąkańcem —
— błogosławią pogrzebom krzcinom i weselom
złodziejskim zatrwożeniom — celom i bezcelom —
— darzą równością wszystkich, którzy życia brzemię
niosą z śmiechem czy wzgardą przez bezżyzną ziemię
— tak każdy świątek obręb stróżstwa swego krzepi
by dobrym było dobrze a złym jeszcze lepiej —

a zaś nocą gdy śpienie nieprzebudzające
zamyka jaskrom oczy na podmokłej łące
by nie patrzyły na to co się zdarzyć może —
— zsuwa się blady Chrystus po korze po korze
a tuż za nim patronów wsiów beskidzkich wiela
kuśdykuje jak ucznie do nauczyciela —