Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ze zwieszoną na piersi głową wracał do domu zupełnie zgrany Bozio. — Szedł środkiem ponurej ulicy, człapiąc zdefasowanemi lakierkami po lśniącym asfalcie jezdni. Ofiara zabójczego pokera, — w absolutnej rozpaczy, tak sobie rozmyślał na temat przegranej: — Gdybym dołożył — wygrałbym — bo przecież ten pępek tej starej żydówki najzwyczajniej blefował, — oszukał mnie swoją mimiką, — poprzednio, — z czterema asami w ręku, miał identyczną minę, — Taka pula, — taka pula, co! — i Bozio skierował swe błękitne oczy w okolice nieba. Świt ogarnął sine domy i w powietrzu — tak się zdawało Boziowi — pachniało trupem, — właśnie ptaszki poczęły świegotać i nasz biedny neurastenik przybity tem ostatecznie przyspieszył kroku, — skręciwszy uprzednio na trotuar, ponieważ nie był w stanie znieść widoku szyn tramwajowych: wyglądały jak nabrzmiałe żyły.
Kiedy Bozio znalazł się na schodach prowadzących do drzwi jego mieszkania, odczuł pewien niepokój, — gdzieś, coś było nie w porządku. Bo-