Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— E, gdzie tam gnije — przerwał Surogat — już dawno zgnił, zostały pewnie kości i resztki fraka, — a ten frak — pamiętacie co to było z tym frakiem? — Ileż to razy Symforjan jeździł do Osmętnicy, do miary, a potem, jak się pierwszy raz pokazał w nim u siostry tego suflera, co to lubił często mawiać swym chrapliwym głosem: br... jak zimno, jeśli by się coś wypiło, to możnaby się rozgrzać, — otóż jak się pokazał nasz Symforjan na przyjęciu, nie pamiętam już na jaką intencję wydanem, u siostry tego suflera, Panie nie niszcz mi wzroku!! — wyglądało to, jak jakieś attaché, — baby! — szalały, — ale on, zauważyłem, — niebardzo za kobietami — pamiętam...
— Za subtelny był na to — powiedział Idzi cicho i marząco.
— Tak, tak, — ryknął Plus, pożerając sardynkę — wszyscy będziemy gnili, jak te moje ogórki w zeszłym roku, — a ty, Idzi, jak dobrze pójdzie — rozpoczniesz tę czynność już za trzy, cztery dni. — Tak, tak, — chiromancja nie pomoże — trachniesz sobie w gębę aż miło, — połkniesz ołowianą pigułkę.
Wszyscy mieli zadowolone twarze, a Surogat poradził uprzejmie Idziemu:
— Słyszałem, że gdzieś istnieje towarzystwo, mające na celu skupowanie szkieletów u ludzi żywych, aby po śmierci zabrać je sobie na własność. — Podobno dobrze płacą — czyby pan może?