Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Komiwojażer wspiął się na palcach, do ucha Idziego, i coś tam szeptał, ale ten przy pierwszych słowach począł potrząsać głową.
— Co też pan — panie! — fantazja — nie używam — nie—niee—nieee!!
— Każdy mężczyzna dbający o hig...
— Nie-e! nieee!!
Nagle Idzi poczuł, że mu jest bardzo nudno, pewne niewyraźne przeczucie poczęło go dręczyć, odezwał się do komiwojażera:
— No, dobrze! — przestań pan już tak wiele mówić, — zostaw pan, — daj pan rękę!
Idzi począł bezmyślnie przyglądać się linjom małej, trzęsącej się rączki komiwojażera. Miażdżył go takiemi oto, monotonnie wypowiadanemi słowami:
— Casanova — hmm! — jak to może być taki impotent, jak pan, człowiekiem na miarę Casanovy? — co się panu bzdurzy w tej głowinie? (Idzi dał mu prztyczka w czoło). — Jest pan sobie zwyczajnym małym żydkiem, handlującym morderczymi preparatami, używanemi przez lowelasów w rodzaju pisarza gminnego. — Z tego, co widzę na pańskiej dłoni, życie pana potrwa zaledwie parę tygodni i radzę panu te ostatnie dni poświęcić skrusze, a nie handlowi, temi, naturę obrażającemi świństwami... Życie pośmiertne, też mi u pana, jakieś, nie tego!
Ale w tej chwili komiwojażer wstał z krzesła i wyszedł z płaczem. Idzi machnął za nim ręką.