Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Idzi stał pośrodku pokoju w pięknych kalesonach — (białe w różowe paseczki) i patrzał marząco przez okno na psy, zabawiające się we właściwy sobie sposób. Idzi późno dzisiaj wstał, późnem ranem — i przed chwilą dopiero opuścił łóżko — można sprawdzić, jest jeszcze ciepłe. Idzi późno dzisiaj wstał, ponieważ wczoraj długo, do północy, a może i dłużej — spacerował z panną Gizią po alei, tej koło cmentarza, — i mówił o przyszłości, oczywiście o przyszłości ich obojga, a nie jej — panny Gizi. Czy Idzi, dlatego że był chiromantą, miał nawet sobie wróżyć? — Nie, tego się nie przypuszcza. — Idzi marzył i sam przypuszczał co to z tego wyjdzie, gdy się ożeni z panną Gizią — asystentką dentysty z ulicy Przydługiej. Z takich to oto przyczyn Idzi późno wstał i czuł się dobrze, tak, psychicznie czuł się dobrze, — raz, z powodu dżdżystej niedzieli, (bardzo lubił Idzi takie smętne niedziele) dwa, z powodu owej wczorajszej rozmowy. Nie będzie się wnikało w to, co tam mówili, w te szczegóły — fakt, — konsekwencje tej rozmowy widzi się na rozjaśnionej, acz zmęczonej snem twarzy Idziego.
W swoim pokoju Idzi wyglądał jako coś białego pośrodku czegoś ciemnego. No, bo stał w bieliźnie, a pokój był ciemny. Tajemniczy pokój chiromanty. — Tak się przedstawiał: łóżko zasłonięte kotarą, to jest sypialnia, — a cały salon jest niewielki. Okna tylko teraz są odsłonięte, bo tak, przez cały dzień zasłaniają je czarne, w gwiazdy