Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Za nim, powiada pan? To... tutaj ich niema?
— Nie, zrobili swoje, poturbowali trochę ludzi, zrobili co komu należało i pojechali dalej. To właśnie jeden z tych skonfiskowanych smithów, zaraz postrzelamy.
Wtykał kule. Wytarłem twarz chusteczki i śmiało patrzyłem wokół. Nad uchem huknęło mi dwukrotnie, konie prędzej, zapachniało „przyjemnie“ prochem. Syn Radomińskiej wysympatyczniał mi nagle, wogóle poweselałem. Na drodze leżał przyczajony Grzeszczeszyn, ze skupioną twarzą, z obnażonym rewolwerem w dłoni. Konie stanęły. Chwilę trwało pytające milczenie z obydwu stron, wreszcie Grzeszczeszyn podniósł się ostrożnie i chyłkiem, pod krzakami szedł ku nam. Radomiński także wyjął swój rewolwer. Wtedy Grzeszczeszyn przystanął i zapytał głosem jakby z kiszek:
— Co jest z wami?
— Schowaj pan broń wpierw, co jest z panem? — powiedział Radomiński.
Teraz dopiero Grzeszczeszyn zorjentował się; wyglądał dziwnie w ubraniu z khaki, w sztylpach i z tym rewolwerem. Jak jeden z tych, co to „pieszo“ podróżują naokoło świata. Schował rewolwer ze słowami:
— Wy tu sobie żarty stroicie z wiwatami, a człowiek jest gotów do roboty.
Radomiński też schował broń, splunął, zaciął konie, Grzeszczeszyn wskoczył w biegu na wóz, i, wkładając marynarkę rzekł do mnie:
— Bo, uważa pan, tu u nas to niema żartów!
Umieszczał się wygodnie w słomie czy grochowinie styłu wozu jak skunks albo inne zwierzątko; coś tam szemrał i pomrukiwał. Mieliśmy przed sobą przestrzeń rozfalowaną, górzystą i ziejącą ogromem i dalą. Mijaliśmy przepaście, następowały prostopadłe ściany gór, powietrze było świeże, jakgdyby trochę kwaskowate. Gdzieniegdzie w dolinie szarzała pośród