Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiałej sutannie i wielkim, czarnym kapeluszu. Miał ładną, trochę chłopięcą, smagłą i roześmianą twarz.
— No, nie nudźcie mnie teraz, smyki — zawołał do chłopców. — Mamy gości.
Podszedł do nas i szerokim ruchem podał nam rękę. Grzeszczeszyna, który mu coś zakomunikował od księdza z Prudentopolis, znał już dawno. Skoro się tylko dowiedział, że świeżo przyjechałem z Polski, zaraz zaczął mnie wypytywać o sprawy muzyczne. Muzyka, to właściwie jego zawód, zanim został księdzem. Powiedziałem mu wszystko co wiedziałem na ten temat. Bardzo był ciekaw co w ostatnich czasach napisał Szymanowski, a co się dzieje z takim młodym muzykiem Perkowskim? Nad czem pracuje Maklakiewicz?
— Żeby tylko tang nie pisał, bo to taki zdolny kompozytor, a tanga — panie — tanga to zabójstwo! to śmierć!
Z zadartą głową patrzył mi w twarz, ciągle uśmiechnięty, bardzo zainteresowany tem co mówię. Skolei zaczął mi mówić o chórze jaki utworzył w Kurytybie. Szedł koło mnie bardzo wzruszony, pokazywał mi lepszą drogę, bo szliśmy przez zarośla: „0 tędy, panie, tędy lepiej“. Składał ręce, wykrzykiwał co chwila tytuły utworów. Posmutniał, kiedy się dowiedział, że już musimy jechać dalej. Uścisnął mi dłoń obiema rękami:
— Panie, jak to pięknie, że mi pan tyle powiedział o polskiej muzyce. Ten Szymanowski, to najczystszy genjusz! Panie kochany, a Strawinskij, co? W Paryżu, co? No naturalnie, przecież nie w Rosji! Tu niema z kim mówić o muzyce, niema! A gdyby pan wracał tędy, koniecznie niech się pan zatrzyma u mnie!
Stał na szeroko rozstawionych nogach i machał w naszą. stronę kapeluszem. W pewnej chwili upadł mu ten kapelusz, podniósł go, włosy opadły mu na czoło, wymachiwał dalej kapelaszem zapamiętale. Poczułem, że jest dla mnie pełnem uroku i nastroju zjawiskiem, ten ksiądz­‑muzyk w brazylijskiej głuszy.