Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to kto znowu?
— To literat z Polski, przyjechał aby się zapoznać z życiem w Brazylji — wyjaśnił Grzeszczeszyn, powiedział przytem moje nazwisko.
— A! literat zapoznać się... no to chodźcie do środka... Pisarz, pwieściopisarz... zaraz tu nam co napisze... Patrzcie... przyjechał... zapoznać się... Juści... juści...
Wykrzykiwał tak sobie przez drogę, czułem w tem wykrzykiwaniu charakterystyczne ustosunkowanie się chlebożercy do artysty: mieszanina pogardy, podziwu, pobłażliwości, niezrozumienia i jeszcze tam czegoś. Z żalem pomyślałem, że nie jest to sobie taki ksiądz z brzuchem, wesoły lubiący wypić i zakąsić, pożartować trochę. Grzeszczeszyn znów zachowywał się dziwnie. Kręcił się koło księżych bioder, patrzył mu w oczy, pochylony, potakujący. Z miejsca jak tylko usiedliśmy w zatęchłym gabineciku, Grzeszczeszyn napomknął o nasionach morwy, pogadali trochę na ten temat, potem obaj tak się pogrążyli w rozmowie, w plotkach, że jakie dwie godziny już nie ja ale zwłoki moje siedziały na krześle. Wreszcie ksiądz spojrzał na mnie i złożył ręce:
— Więc powieściopisarz... Juści, juści... pisze, drukuje i potem ludzie czytają... Jejej! — No to chodźmy co zjeść!
Ksiądz był chory na żołądek, i myśmy musieli jeść to jego chore jedzenie. Smarował bułkę miodem, zapijał to mlekiem, i my także. Nie spodziewał się nas, a zresztą nie należy obmawiać ludzi, u których się jest w gościnie, nawet księży, chociaż powinni mieć sute śpiżarnie. Oni gadali. W pewnej chwili wstałem od stołu i zacząłem jęczeć na temat zmęczenia i chęci snu. Przywołał starą — niestety — gospodynię i kazał zaprowadzić mnie nagórę. Wszedłem do miłego, przytulnego pokoiczku, stały w nim dwa brzuchate, czyściutkie łóżeczka. W takich podróżach człowiek się martwi samemi tylko fizycznemi drobiazgami. Ażeby miał wygodne spanie, dobre siodło, mógł się ja-