Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ską, bo przyszła w interesie. Znów całe popołudnie graliśmy w preferansa, przy kolacji mówiło się wiele o Sowietach, ale to wszystko było wodniste, bez humoru. Toteż wcześnie poszliśmy spać. Leżeliśmy już w łóżkach, w głowie tłukły mi się idjotyczne myśli, coś tak bez sensu, że aż brzydziłem się samym sobą. Przytem wwiercały mi się do ucha obleśne słowa Grzeszczeszyna:
—... a raz miałem jedną malarkę w Częstochowie — żyłem z nią — wie pan... Namalowała raz mój portret w smokingu i obtoczyła mnie namalowanemi nagiemi kobietami... to ja jej mówię: „Coś ty Nenka zwarjowała, przecież jakże ja to komu pokażę... taką nieprzyzwoitość“... No to ona zmalowała te baby... Tak, mówię, to teraz rozumiem... bo tylko powiedz pan...
Wcześnie rano obudził nas Marjankowski z wiadomością, że Hessel przysłał karosę, która jedzie do Prudentopolis. Pokój pełen był słońca, jasności, pogody. Nadole czekał na nas rudy Ukrainiec, handlarz owoców, ze swoją karosą. Siedem drzemiących mułów i jeden koń stało w zaprzęgu. Karosa była szeroka, miała płócienny dach — cygańska buda na czterech kołach. Z ochotą zbierałem swoje drobiazgi, uradowany pogodą i ruszeniem nareszcie z miejsca. Pożegnaliśmy się z Marjankowskimi, powiedziało się trochę słów na temat ich gościnności, umówiliśmy się z karośnikiem co do opłaty za przejazd, po dziesięć milreisów od osoby, i muły leniwie ruszyły Z piętnaście minut jechaliśmy przez miasto. Iraty naskutek rozstania z niem wydało mi się milsze, pogodniejsze, takie sobie ciche, prowincjonalne miasteczko. Droga nieco podeschła, była czerwona i tłusta. Leżałem na deskach, trzęsło mną jak worem, sielankowo gryzłem sobie jakąś trawkę. Grzeszczeszyn siedział obok Ukraińca, który mu opowiadał, że przywiózł tysiąc pomarańcz, nie mógł ich sprzedać, wreszcie sprzedał je wendziarzowi za dwadzieścia milów. Stracił, my pokryliśmy