Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wódki, przy której nasz denaturat jest nektarem. Uradziliśmy, że ma to odnieść i kupić za osiem milów butelkę underbergu; jest to ziołowa, gorzka wódka, przypominająca „angielską gorzką“. Poszedł, wrócił z tą wódką i z dwiema butelkami piwa. Wypiliśmy po jednym kieliszku tego trunku, conajmniej z pięć minut trwało milczenie, wreszcie gwałtownie i nieopanowanie Grzeszczeszyn wyrzucił z siebie szereg nazwisk kobiet, które jakoby miał, potem zaśmiał się niesamowicie, wstał, uderzył pięścią w stół, wykrzyknął:
— No, lejcie jeszcze, do jasnej cholery! Dziś ja się muszę upić!
Siedzieliśmy przy stole przez chwilę oszołomieni wybuchem Grzeszczeszyna. Ja, własną ręką napełniłem mu drugi kieliszek i zanim zdążyłem nalać nam, Grzeszczeszyn wessał chciwie wódkę, krzyknął jeszcze raz: „Lać, lać dalej!“. Więc nalałem mu — a jakże — znowuż, Grzeszczeszyn i to wypił, poczem wydął swe wątłe piersi i wyrzekł zimno, ze świstem.
— Dziś mógłbym zabić człowieka.
Teraz dopiero roześmialiśmy się we troje bardzo wesoło i serdecznie. Grzeszczeszyn, nie zwracając uwagi na żonę Marjankowskiego, zaczął nam opowiadać niesłychanie drastyczne i intymne przeżycia. Wychylił się bardzo nad stół i wymówił nazwisko pewnej mężatki.
— Oho, ta! Może ją mieć każdy za piętnaście milów. Tak, panowie! A jak była rewolucja, to kto poderżnął gardło brzytwą generałowi Caio Machado? Ha, nie wiecie, to teraz się dowiecie: ja! Grzeszczeszyn, własną ręką, bo jestem nieubłagany gdy chodzi o sprawę.
Marjankowski pił właśnie piwo i parsknął tak śmiechem, że opryskał nam głowy.
— Ależ panie, przecież Caio Machado żyje, siedzi w Sao Paulo!
— To może brat tamtego, czy co u licha — wyszeptał po-