Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kurytyby, poco ma się w tej dziurze marnować. Ona słucha, uśmiecha się poprzez kłęby dymu, przechyla głowę dotyłu, jest troszkę oszołomiona vermouthem — najwytworniejszym trunkiem, jaki tu można dostać, jest nawet dość interesująca.
Już dość nasłuchaliśmy się patefonu, Grzeszczeszyn, roztańczony, wodzirejowaty, usiadł przyjemnie znużony na krześle, ja nie tańczyłem, bo nie umiem, panna Genia zabiera się do powrotu, musi wrócić do siebie, zanim się zrobi ciemno. Pójdzie sobie górną ścieżką, nie chce abyśmy ją odprowadzali na takie błoto. Zupełnie słusznie. Poszła, zostawiła po sobie trochę kobiecego ciepła w naszych bardzo tego spragnionych sercach. Do kolacji Marjankowski opowiada nam o strasznych zdarzeniach, jak łatwo tu, w lasach, postradać życie. Tak mnie pokrzepia na duchu do dalszej podróży. Po kolacji idziemy do kina, bo jest kino w Iraty. W sali tupią nogami postacie groźne, w wielkich kapeluszach, gryzące orzeszki i obejmujące swoje dziewczęta. Tak, tutaj już jest trochę Ameryki.
Opowiadali mi, że ludzie z lasów mają zwyczaj strzelać do antypatycznych postaci na ekranie, że właściciele kinoteatrów często zmieniają płótna. Bardzo ciekaw jestem czy też przy mnie się to zdarzy. Ale nie. Film nie jest awanturniczy, to przeróbka z operetki Abrahama: Kwiat Hawai. Dziwnie się patrzy tutaj na taki film ze śpiewami. Czy ci ludzie myślą, że to prawda o tym księciu malajskim, czy też traktują to jako bujdę? Cicho jakoś siedzą, bierze ich
Z kina wysypujemy się jak z worka w gęstą czerń ulicy, jacyś niewykończeni wewnętrznie. Więc powstaje pomysł zabrania do domu wódki; Grzeszczeszyn ma to załatwić. Widzieliśmy jak wszedł do spelunki ziejącej na milę morderstwem, jak przy bufecie wsunął coś do kieszeni i jak wyszedł do nas zdrów i cały. Ale w domu okazało się, że Grzeszczeszyn nabył rzecz straszną, mianowicie kupił butelkę „pingi“,