Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— E, nie jest tak źle. Damy sobie z nimi radę — odpowiedział ksiądz. — Nie trzeba się znów tak przejmować. A wiecie co, moi drodzy! może zjemy coś i napijemy się czegoś mocniejszego, co? Mam dobrą kaszasę, starą. Chichutko, zaraz każą ją podać i coś do przegryzienia. No bo jakże tak na sucho?
Grzeszczeszyn ukrył twarz w dłoniach i wysyczał czy wyjęczał: poczciwina — wszelkie łajdactwa rozbijają się o jego dobroć. Zaciągnąłem się papierosem łapczywie i poprawiłem się w fotelu. Z rozkoszą byłbym zrobił teraz Grzeszczeszynowi jakąś wyrafinowaną krzywdę, naprzykład zanurzyłbym mu twarz w łajnie, już nie wiem, coś w tym rodzaju. W tej chwili był ohydnie sztuczny, śliski, trudno to wyrazić. Za jakiego durnia musiał mnie uważać, skoro sobie pozwalał wobec mnie na takie komedje. Raptem spojrzał na mnie kwaśno i żałośnie i powiedział:
— E, pan tego wszystkiego nie rozumie!
— Rozumiem to, że jest pan skończona małpa — powiedziałem wreszcie.
Twarz mu się skurczyła, nabrała wyrazu. Powiedział słodko:
— Pan się upił, młody człowieku.
Ksiądz wszedł dużemi, energicznemi krokami. Zatarł ręce powiedział coś na temat pogody i że zaraz nam podadzą przekąskę. Na chwilę zaciekawiły go nasze miny i zaraz dodał:
— Mówmy o czemś weselszem, wy jesteście młodzi, ja też nie stary. Co tam słychać w Kurytybie, mówcieno ploteczki, moi drodzy.
Więc mówili o rzeczach dla mnie dziwnych, nieznanych mi zupełnie. Grzeszczeszyn zachowywał się teraz wspaniale; mówił powoli, a gdy mówił, patrzył w oczy księdzu, był opanowany, czułem że wie o mojem zdenerwowaniu, że strzeliłem głupstwo ubliżając nie jemu lecz mnie. Ja czułem się teraz marnie, ubogo i niepotrzebnie. Kiedy pomarszczona, znajoma mi od wczoraj pogodna staruszka z okna przyniosła karafkę z żółtą wódką i coś