Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To ja sobie tak kopjuję w wolnych chwilach — wyjaśnił ksiądz.
Grzeszczeszyn plasnął w dłonie i opuścił je na „podołek“.
— Jakie to jest śliczne, proszę księdza. Taki talent.
Ksiądz machnął ręką, pousadawiał nas w fotelach i powiedział, że zaraz przyjdzie, tylko przyniesie piwa. Wyszedł. Grzeszczeszyn jeszcze wpatrywał się w obrazy, cofał się parę kroków, to znów stawał tuż przy obrazie.
— Panie, powiedz pan: ksiądz i do tego tak ślicznie maluje. Ile w tem koloru.
Rzeczywiście wzrok Grzeszczeszyna wyrażał zachwyt i jeszcze coś: ekstazę, zażenowanie, szczęście. To wszystko zauważyłem w nim jak tylko zobaczył księdza. Twarz mu wyszlachetniała. Ksiądz przyniósł cztery butelki piwa, ponapełniał szklanki, wypił swoją jakoś chciwie, smacznie. Wyjął gdzieś tam stylu chusteczkę (przypomniał mi się Reymont, bo „zapachniało jak z trybularza“), wytarł nią usta i czoło, splótł ręce i oparł na nich brodę, poczem powiedział:
— Więc w podróż, w podróż po świecie? O, dawno nie wyjeżdżałem, pracy tyle, zło się tu nas wylęgło, trzeba je niszczyć, trzebić. Co to! psy! A szelmy, sai, sai!
Rzucił się do tych piesków z dziwną pasją, wyganiał je jakby to była grupka szatanków. Wreszcie trzasnął drzwiami, usiadł i powiedział:
— Pijcie panowie piwo.
Grzeszczeszyn jest podniecony, mówi piskliwie, z gardła.
— Ach, słyszałem, słyszałem, proszę księdza. Księża narodowi zakorzeniają tu niepokój. Mój Boże, co za czasy, poprzyjeżdżali jacyś wycirusy, bez Boga w sercu, tumanią ludzi. Myśmy musieli się zatrzymać u Marjankowskiego, może mi się uda przekonać tego wichrzyciela. Mam misję i muszę ją wypełnić. Ach, jak cierpię, gdy widzę łotrów podnoszących głos na prawych duchownych.