Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozpędza, na co znów cuchnąca figura odpowiedziała, że będziemy musieli zapłacić odszkodowanie za pokaleczone bydlęta. Zaczął się koszmar powolnego wleczenia, niby za jakimś pogrzebem. Konie poczęły się denerwować, dreptały w miejscu, rzucały się wbok. Brak tylko było marsza żałobnego, byłoby rytmicznie. W nozdrza wwiercał się ciepły zaduch trzody, i potraktowałem to jako kar za wyżej wymienione wyrzekania na naturalne zapachy puszczy. Jakby dla pogrążenia mnie w abnegacji jeszcze bardziej, Bełcik poinformował mnie, że taka świńska tropa robi nie więcej niż czternaście kilometrów. Robiliśmy mniejwięcej pięćdziesiąt kilometrów dziennie wlokąc się na koniach i teraz wydała mi się nasza jazda rekordową wobec tego nieszczęścia, któreśmy napotkali. Grzeszczeszyn szedł obok konia, co chwila klepał po tłustym zadzie którąś ze świń, jedna nawet mu się położyła u nóg jakby w oczekiwaniu bardziej wyrafinowanych pieszczot. Jest to fakt znamienny dla naszego powolnego posuwania się, skoro nasz wielbiciel nierogacizny mógł się spokojnie wyczulić ze swą przygodną sympatją. Zresztą murzyn opieszałem uderzeniem bata spędził mu ją spod palców. Żałosne i upakarzające było to nasze posuwanie się naprzód. Wkońcu bury poczęły się ostro niepokoić, kilka z nich wlazło między świnie, rozpoczęły się wierzgania i kwiki. Sprzodu wyłonił się między brunatnemi cielskami drugi poganiacz, kaboklo, i zakomunikował nam, że niedaleko płynie rzeczka, i tam będziemy mogli ich wyminąć. Z godzinę jeszcze posuwaliśmy się w mroku i smrodzie, wkońcu pikada poszerzyła się znacznie przy niewielkiej rzeczce, więc popędziliśmy szybko konie, starając się nadrobić stracony czas. Tymczasem ściemniło się zupełnie, tak, że już nie można było odróżnić drzew i jechaliśmy tak, jak nas prowadziły konie. Głodne i zmęczone zwierzęta gryzły się, przystawały co chwila, zbaczały powodując zamieszanie. Snuła się między nami atmosfera złości, co chwila ktoś klął, zawadzał głową o gałąź,