Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przerwać ten wykład, bo gęste obłoki kurzu ogarnęły nas czerwonym płomieniem. Po pewnym czasie spostrzegłem, że pejzaż uległ zasadniczej zmianie. Po obu stronach czerwonej drogi ciągnęły się obszary porosłe tak zwanym faxinalem, czyli karłowatemi drzewkami i gęstemi krzakami. Gdzieniegdzie wystrzelały obdarte piniory. Było to wprawdzie przyjemniejsze niż koszmarne przedzieranie się puszczą, ale zato zdrowo przypiekało słońce i kurz dawał się we znaki. Postanowiłem pognać konia naprzód i pozostawić kurz wtyle. Tak też uczyniłem. Zwolna faxinal przeszedł w gęstą paproć wysokości człowieka, która urozmaicała nieco jazdę pierwszem mojem zetknięciem się z bujnością rośliny, którą dotychczas widziałem w minimalnych ilościach.
Więc teraz oko miało do czynienia z samą tylko paprocią, pośród której wiła się czerwona struga drogi. Starałem się ciągle trzymać na przedzie i po pewnym czasie pogrążyłem się w fantastycznych rozmyślaniach. Przyszło mi do głowy, że oto jadę tak, nie oglądając się, a kiedy wreszcie przyjdzie mi ochota obejrzeć się, to ujrzę za sobą zupełnie obce twarze. Albo naprzykład oddział samych Grzeszczeszynów. Aż mnie lęk ogarnął i zaraz obejrzałem się. Jechali swoi, dziękować Bogu! Stworzeń żadnych nie było, tylko gdzieś w pobliżu rozległ się poufały i bezczelny gwizd ptaka. Naigrawający się prawdopodobnie, że muszę oto jechać pośród samej paproci. Niebo ziało obojętną spieką. W paprociach coś zatrzeszczało, ale okazało się znajomym mi burem. Otaczała nas cisza i cały kraj wylegiwał się w słońcu. Skracałem sobie czas oberwacją drogi, bo a nuż coś się na niej ukaże. Żeby los był łaskaw i pozwolił chociaż maleńką, najmniejszą żmijkę. Przecież tyle ich tu jest. Ciągle ktoś umiera od ukąszenia. Ale nic: paproć i rozpalony do białości strop niebieski nad głowami. Aż nagle pokazały się ptaki, tak zwane Alma de Gato, jak mnie ktoś kiedyś objaśnił. Siadały na paprociach, kołysały się, ulatywały przed nami, znów siadały. I tak ciągle. Prawdopodobnie przedtem