Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odezwał się tuż, w kępie krzaków, obok których staliśmy. Rozsunęliśmy gałęzie. Stał z miną jakby zawiedzioną. Dzwonek lekko mu się poruszył na szyi. Ze zwieszonym łbem i jakby w zdeterminowaniu, wysunął się z krzaków. Sawczuk począł go prać po zadzie gałęzią, ale on szedł opieszale, smutny jakiś i z miną: „Ano, trudno! dałem się nabrać“. Na widok kukurydzy pomknął szybciej i wetknął pysk między kaczany. Chłopi jedli śniadanie, podszedłem do ognia, także zjadłem i jakiś rozleniwiony wczesnem wstaniem, z bolącemi kościami, zabrałem się do siodłania konia. Po kwadransie wyruszyliśmy i zaraz zaczęło się żmudne przedzieranie przez zarośniętą, ciągle gubiącą się pikadę. Co chwila pokrzykiwano sobie w tej gęstwie ilość zwierząt, słychać było trzask łamanych i ścinanych gałęzi, konie kąsały się w ciasnocie, posuwaliśmy się w kłębach natarczywych, boleśnie kłujących owadów. Musiałem zdjąć kapelusz i wcisnąłem go pod siedzenie. Pomiędzy przeróżnem zielskiem pokazała się gęsto drzewiasta paproć i rozmiar jej sprawiał wrażenie sztucznych drzew. Na przedzie ciągle przecinali splątane łodygi, tamujące przejście. Ich ostre końce wlokły się po ramionach, kaleczyły twarz i niby kłębowisko rozjuszonych gadów, doskakiwały do oczu, złośliwie zawadzały o strzemiona, zatrzymywały i szarpały. Po dwu godzinach tej męki, pikada zaczęła się raptownie opuszczać wdół, i wdole, prześwitując po przez liście i łodygi, ukazała się z dziko obrosłemi brzegami, leniwa i jakby przyczajona rzeka. Zjeżdżaliśmy do niej długim, pojedyńczym szeregiem i kiedy koń zamoczył przednie kopyta w wodzie, zadarłem głowę dogóry i zobaczyłem serpentyną zjeżdżających wdół, przesłoniętych jeszcze krzakami, jeźdźców. Po chwili wszyscy byli już na brzegu i nie przeszkadzając pojącym się zwierzętom, rozglądaliśmy się po sobie, jak po jakiej walnej przeprawie. Znajdowaliśmy się teraz w głuchej selwie i ponad tą obojętną wodą, między rozbuchanemi i przelewającemi się od bogactwa roślinności ścianami dziewiczej puszczy, zda-