Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A tu macie ich... jakaś świnia jajka uroniła i już małe padalce dobrały się do obiadu... A bodajże was! Też nie miałeś się gdzie, czorcie pocharatać, tylko w takiem ruchomem miejscu! A okulej mi, ty wieprzu! Gdzie, gdzie ośli synu!
Zatrute robaki wypadły z rany, wkońcu Bełcik uderzył bura w zad i kucnął przy ogniu. Zwierzęta porozłaziły się na polanie skubiąc trawę. Tu i ówdzie, w ciszy wieczoru, leniwie jęczały dzwonki. Chłopi nakładali sobie na talerze fiżon i ryż, posypywali mąką z mandioki, mieszali i gęstą potrawę polewali tłuszczem z małego rondelka. Szwagier Sawczuków mówił, jedząc powoli:
— Pieć lati ja jechało tęnty i tu... na tij ranszi onsa zagryźć nam bur na spaniu... w noczi... To newim czi teros tako nie pedzie...
— Ja mogę spać na dworze i pilnować, tylko dajcie mi jeszcze jednego szmita. Już ja mu dam bura!... Polowałem na tygrysy w Matto Grosso, wiem jak je podchodzić — wtrącił Grzeszczeszyn i zaraz umilkł, bo Bełcik spojrzał na niego wymownie.
— Oj, mój ty księży towarzyszu, śpij lepiej w ranszy, to ino cię bisze oblezą, a na dworzu i po nocy, to was tygrys od bura nie odróżni i jeszcze mu się potem dziobate synki urodzą...
— Mógłby pan trochę liczyć się ze słowami, panie Bełcik, bom dla was nie jakiś tam wycirus, żebyście sobie mną gębę wycierali!
— A bo poco się — panie — pchacie na tygrysa, kiedy tu od was są może odważniejsze, a nikt się tam tak do niego znów nie pali!
— Lepiej się nie przemawiajcie, dobre ludzie, tylko zakrzątajcie się koło posłania, bo jutro wcześniej trzeba wyruszyć — odezwał się starszy Sawczuk.
Odpoczywając i paląc, chłopi jeszcze z godzinę wylegiwali się wokół ogniska, wkońcu ten i ów, ziewając i przeciągając się,