Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ron, słuchało się tych prostackich bajd z czystem uczuciem prostoty i naturalności atmosfery. Z puszczy dobiegał czasem pokrzyk nocnego ptaka, mocno i dźwięcznie kuły żaby-kowale i odgłos ich był uderzająco podobny do dwuch na zmianę bijących młotami w rozpalone żelazo — kowali. Ci polscy chłopi z całym swoim urokiem surowości i tężyzny, na tle tej dzikiej głuszy, przy ognisku, z twardą poczciwą mową i szczeremi, niegolonemi twarzami, wywierali na mnie uczucie serdecznej braterskości, pobudzali pogodę ducha, czuło się bliskość swoich, rodactwo. Nie było tu nudnych, parszywych rozmów dotyczących jakichś mętnych spekulacyj w imię fałszywie pojmowanej pracy społecznej; wszystkich tych załganych i wzniosłych tematów: „Macierzy!“ „Religijności“, „Braterstwa!“, całej tej mętnej i nieudolnej propagandy w celu zachowania polskości kolonisty, który tę polskość czuje mocno i po swojemu i podświadomie obrusza się, kiedy wmawiają w niego różni karjerowicze emigracyjni to, co czuje w krwi, i zgrubiałemi rękami ustanawiając sobie byt na obczyźnie, pogardza w głębi duszy tymi wszystkimi „działaczami“ i „prezesami“, dybiącymi na stłamszenie z takim trudem nabytej indywidualności i swobody. Słuchając ich, patrząc na nich, czułem szczerą i bezgraniczną siłę i czystość ducha tych ludzi. To był człowiek wiadomy, prosty jak bochen razowego chleba, jak pracowicie wydarty tej twardej ziemi łan zboża. Przy tym ognisku zacząłem wyczuwać sens pięknej, życiowej misji polskiego chłopa — kolonisty w Brazylji. Spojrzałem na Grzeszczeszyna. Jego kostropatą twarz oblewała czerwona łuna ognia, nos mu jeszcze bardziej zachodził na usta i ostro odcinał się od reszty zasłuchanych twarzy. — „Gadajcie sobie chamy... znam ja was, znam nawylot... umiem z wami obcować“. Skorzystał z chwilowego milczenia i zaczął mówić:
— Tak, moi ludzie... siedzicie sobie tutaj jako wolny naród, ale pamiętajcie, że wasze dziady batem na pańszczyźnie po