Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i cuchnęło moczem. Na starej skrzyni stał odwinięty worek z czemś niby mąka z czarnemi kawałkami czegoś. Obok worka stał Dąbski z córką i Grzeszczeszyn, w rękach trzymali łyżki i pojadali z tego worka.
— Jedz pan pasokę — powiedział do mnie Dąbski. — Nie masz pan pewnie łyżki... Julcia, skoczno do kalgiera po łyżkę! — Sprzedam panu łyżkę... kawa jest w dzbanku, będziesz pan u mnie na kuchni, a potem się policzymy! Ale tego Michała nie widać, będę musiał czekać, aż wróci... jedz pan! To pożywne, tłuczona kukurydza z suszonem mięsem i kogutem; zawsze takie jedzenie bierze się w drogę, bo najdłużej się nie psuje, a pakowne i sytne.
Pobiegłem do swej torby, przytaszczyłem ją do stodoły, wyjąłem blaszany kubek i talerz, usypałem sobie na niego trochę tej pasoki, w kubek nalałem kawy i stojąc, zacząłem jeść. Było to nawet dość smaczne, suche, w smaku podobne do tartej bułki; kogut z jakiemś innem mięsem trochę urozmaicał jałowość tego, a kawa zwilżała sypkość. Julka zjadła niewiele, ja też po kilku łyżkach byłem syty. Kawa trochę mnie rozruszała. Dąbski poradził mi, abym sobie przygotował tutaj możliwie najlepsze miejsce na nocleg. Zaciągnąłem do kąta trzy podłużne deski, których stało kilkanaście opartych o ścianę, na deski rzuciłem worek i kapę, poczem wyszedłem na dwór.
Słońce rozlewało się krwisto nad ostro rysującem się pasmem lasów, wokół otaczała nas przyczajona puszcza, powietrze było rzeźkie, przedwieczorne, chłopi przy ognisku gawędzili półgłosem, z szopy wyszedł żylasty wąsacz, znów się rozkraczył, pociągnął z butelki, otrząsnął się i powiedział:
— Ech! ty mocna... pocieszycielko moja rozmowna!
Kucnął przy ogniu z kawałkiem chleba i słoniny w rękach. Rozłożyłem kapę i położyłem się na niej przy ogniu, obok Sawczuków. Kaboklo mieszał łyżką w kociołku i mówił kiepską polszczyzną: