Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wsadził ręce w kieszenie spodni, rozkraczył się i raptem mówi do mnie:
— Ma pan jaki interes w interiorze, poco pan jedzie do interioru?
— Mówił mi Wietkowski w Kurytybie, że parę miesięcy temu zostawił u pana kapelusz. Mam go odebrać. Jest u pana ten kapelusz?
— Duży, riograndeński kapelusz? Jest, dałem go do odświeżenia, kosztuje dziesięć milów, wykupuje pan za dziesięć milów?
— Zapłacę. Jadę do interioru tak, rozejrzeć się. Chcę poznać jakie tam życie.
— No i czego pan odrazu nie odpowiada, tylko zawraca pan głowę kapeluszem. Kapelusz jest. Czego pan nie je? Gra pan w szachy?
Odpowiadam, że nie gram w szachy. Bukowski powtarza to samo: — hę, nie gram w szachy. Poszedł po kapelusz.
Grzeszczeszyn powiada, że to co mówi Bukowski nie jest ważne. Jedziemy do Iraty, to stara kolonja polska, warto żebym zobaczył. Bukowski przyniósł mi piękny kapelusz o szerokich skrzydłach, płacę za niego i za obiad, wstajemy od stołu i powiadamy, że idziemy na stację. Jedziemy do Iraty. Dowidzenia.
Bukowski idzie za nami w stronę drzwi i mruczy: — Nic, tak jak woda po psie. Ja mówię żeby nie jechali, zgnijecie tam, nie lepiej to przenocować u mnie?
— Dowidzenia, jedziemy do Iraty — woła z ulicy Grzeszczeszyn.
Słyszymy trzask drzwi. Idziemy pod domami, bo deszcz siepie teraz ostro. Na stacji odbieramy rzeczy od bufetowego, stajemy pod murem na peronie i czekamy na pociąg.
Grzeszczeszynowi nie chce się ze mną mówić, ani mnie z Grzeszczeszynem. Obok nas spacerują podróżni, różnie poubierani, przeważnie jednak po europejsku i nawet dość ele-