Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cielskim i miał opinję energicznego, młodego człowieka, z głową na karku. Zaproponował nam, żebyśmy jechali z nimi do kolonisty Słonika, gdzie dadzą nam jeść i będzie można swobodnie porozmawiać. Zawróciliśmy i brodacz począł mi opowiadać swoje wrażenia z trzymiesięcznej włóczęgi po rozrzuconych w Paranie kolonjach. Nazwisko moje jako autora było mu obce i zdawał się być rad z naszego spotkania. Wyrzucił z siebie mnóstwo propozycyj; żeby popołudniu pójść z nim na zebranie szkolne, żeby przenocować w Palmitalu i wogóle obiecał mi, że się nie będę nudził. Janicki z Grzeszczeszynem jechali styłu i Janicki w pewnej chwili powiedział do mnie:
— Zapomnijmy sobie co tam było w Terezinie i nie miejmy do siebie żalu.
W odpowiedzi odwróciłem głowę z uśmiechem i kiwnąłem przyjaźnie ręką. Przecież żałowałem mego nieopanowanego postępku. Jechaliśmy dalej w przyjaznej atmosferze. Gruda powiadomił mnie, że jest w Palmitalu już drugi dzień, że mieszka u Słonika, który jest tem interesujący, że po raz trzeci dorobił się majątku na fabrykacji kaszasy i jest typem twardego człowieka, Zsiedliśmy z koni przed przyzwoitym domem, nieco dalej stało jeszcze kilka zabudowań, wszystkie otoczone drzewkami pomarańczowemi. Wszędzie widać było czystość i dostatek. Mimo swego reumatyzmu i sześćdziesięciu lat, Słonik wyszedł do nas opierając się na lasce i gościnnie zaprosił do środka. Był to szpakowaty, wygolony mężczyzna o minie gospodarza całą gębą. Przedstawił nas swojej żonie, czterdziestoletniej, pyzatej i ruchliwej kobiecie, pokazał nam dwuch dorosłych synów, których widać było przez okno, pochylonych nad nogą bura, poczem zaprosił do wybielonego, jasnego pokoju, zawołał o poczęstunek i mimo bólów w kościach, co chwila mówił coś wesołego. Po raz pierwszy w tej podróży, rozmowa przy stole interesowała mnie. We wszystkiem, co