Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zacząłem się nerwowo śmiać:
— Co pan mówi? Dlaczego łyżwiarz? — panie Grzeszczeszyn!
— Ano tak się mówi! Niech pan słucha byle szarlatanów. to pan daleko zajedzie. Że on wiersze pisze, to już mu pan podkadził! Zobaczysz pan jeszcze moją robotę, w drodze! Nauczysz pan się odróżniać człowieka z sercem od byle kombinatora!
Słuchałem pełen niepokoju. Przecież to wyraźnie scena zazdrości! Stara się mnie pozyskać, zależy mu na mnie! Temu Grzeszczeszynowi z Iraty, który mnie strofował i wydawał polecenia. O, jakże zmienny jest los! Zacząłem go uspokajać... Że bardzo go cenię, że taki porządny i opiekuje się mną w podróży! Latami będę wspominał jego uczynność, odwagę, talent obcowania z prostymi ludźmi, jego ofiarne serce, a zwłaszcza umiejętność obcowania z dziećmi, że je tak umie rozbawić, rozruszać! Podszedłem i uścisnąłem mu rękę. Spoważniał i powiedział:
— No, widzi pan! Już ja pana poprowadzę takiemi miejscami, że ten kraj będzie dla pana chustką do nosa, tak go pan będzie znał. I tak go pan opiszesz jak nikt jeszcze!
Poszedłem do jadalnego pokoju z myślą o obiedzie. Tyle wrażeń na dziś. Grzeszczeszyn ciągle mówił o naszem zbliżeniu. Więc trochę się zmienił! Lecz okoliczności zmuszają mnie do blagi. Trudno, przekonałem się, że obojętnością i milczeniem nic nie wskóram, że mnie przemocą wciągają w swoje sprawy. O, banalny dramacie! Jaką mam tu rolę! Bzdura i nonsens!
Staruszka podała tłusty obiad i zacząłem dużo jeść. Zrobiło mi się nagle wesoło. Zacząłem mówić o jutrzejszej podróży, o tem, że radbym jechać konno, za furą.
— Nie znoszę fury, czas się dłuży!
Obiecał mi pomyśleć o koniu.
— Tylko co z siodłem? — Kupić — drogie, a potem co? Wyrzucić — albo odsprzedać ze stratą?