Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzeba i z kim tam będziecie w kontakcie, żeby mi władze dały odpowiednie plenipotencje, a ja tu postawię kolonizację na takim stopniu, na jakim ona być powinna. Tyle wam tylko powiem... Napijcie się jeszcze!... Pokażę wam swoje utwory...
Począł grzebać w papierach i wyciągnął kilka starych kurytybskich. Podał mi je ze słowami:
— My z panem Grzeszczeszynem wyjdziemy pogadać trochę, a wy to przeczytajcie i jak wrócimy, to powiecie, co o tych poezjach myślicie.
Kiwnął energicznie na Grzeszczeszyna, ten chwycił szklankę z winem i patrząc na mnie z dziwnym lękiem, wyszedł za Janickim. W tej chwili zrobiło mi się serdecznie siebie żal. Rozpiąłem jeszcze jeden guzik u koszuli i w ten sposób powiększyłem dekolt myśląc jednocześnie o tem, co czynię. Byłem oszołomiony i bezradny. Drugi działacz z misją! W gazecie były poprawne wiersze o tęsknotach za Bożem Narodzeniem, za gruszą... Owszem, poczciwe wierszydła. Odłożyłem gazety i padłem w głuche otępienie. Nie, trzeba przerwać to oczekiwanie!
Wybiegłem przed dom i zacząłem ohydnie kłamać. Słuchał z rękami po napoleońsku. Wszystko powiem co trzeba!
— Te wiersze umacniają ludzi w ich ojczystych obyczajach! Są świeże i zdają się pachnieć razowym chlebem. Tak! Wszystko dobrze. A teraz muszę już pójść, bo mi trochę niedobrze od tego wina. Przyjdę jeszcze. Pogadamy! Bądźcie zdrowi!
Nieomal że biegłem; ale wzruszony „działacz z misją“ biegł również i podtrzymywał mnie wpół ramieniem.
— Jesteście porządny chłop — mówił w biegu — znacie się na rzeczy! — O, ja was po oczach poznałem. No, dajcie się uścisnąć po bratersku!
Przycisnął mnie do swego brzuszka. Ocknąłem się w swoim pokoju, zadyszany, na łóżku. W progu stanął Grzeszczeszyn i powiedział jadowicie:
— On taki społecznik, jak ja łyżwiarz!