Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ka w podskokach wróciła na swoje miejsce. Grzeszczeszyn poszedł za nią i dał jej cukierka. Przyjęła. Pogłaskał ją po główce, stanął między ławkami i zapytał:
— Powiedzcie mi teraz, co to jest Wisła?
— Woda! — ponuro odpowiedział śniady chłopiec z pierwszej ławki.
— Ale jaka?
— Polska!
— A tak!... no... no dobrze, ale gdzie ona płynie?
— W Polsce.
— No, a duża ta Wisła jest?
— Duża!
— A długa?
— Oj, chyba długa!
— Ryby tam są?
— Chyba niema!
— Skąd wiesz?
— Albo są!...
— Co było nad Wisłą?
— Nie wiemy!!! — odpowiedziały dzieci chórem.
— Nad Wisłą był cud!
— Jaki... jaki!?
— Tam żeśmy Polskę uratowali od zalewu bolszewickiego!
— A jaki to... bolszewicki zalew?
Grzeszczeszyn podszedł do Stachurskiego i pochylił się nad nim:
— Wie pan, te dzieci niewiele umieją, trudno się z niemi dogadać.
— Tak, ale przecież mają po dziesięć, jedenaście lat; wszystko to tutaj urodzone, jeszcze czas mają na to.
Grzeszczeszyn usiadł obok mnie i zrobił: hmcho!...
— Trzeba będzie już pójść, — powiedziałem bezbarwnie.
Grzeszczeszyn wstał, powiedział: „Zaraz“, i poszedł między