Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tak więc, musiałem ocenić organizacyjne zdolności Grzeszczeszyna i celowość naszej wizyty. Chłopak jest milczący i skryty, o zmiennem usposobieniu, ale dobro naszej podróży ma na względzie i jest dbały. Ostatnio jakby nieco wymilał.
Słuchaliśmy teraz opowiadań Wójcika o legjonach. Wspominał — owszem — z rozrzewnieniem; — ale z tego co się teraz dzieje nie jest zadowolony...
— W okopach inaczej żeśmy się umawiali — moi panowie!
Denerwował go porządek i system. „Tak, wtedy to były czasy! Pierwszorzędna żołnierka. Napijmy się panowie!“
Wyciągnął butlę z winem pomarańczowem. Napiliśmy się, pogawędziliśmy jeszcze o nieważnych kwestjach, zbliżało się południe, zabieraliśmy się do odejścia. Pożegnałem smutną blondynę — panią Wójcikową i wyszliśmy na ścieżkę. Uwięzione cielę odprowadziło nas pustym wzrokiem, strzygąc uszami. W kapuejrze zatrzeszczało; pisnęło i wyłoniły się dzieciaki. — Naprzekór pogłoskom o żmijach i tygrysach.
— Wynoście się do chałupy! — krzyknął Wójcik. — Albo nie, chodźcie z tatkiem odprowadzić panów.
Wracałem rozmarzony wycieczką i winem. Zupełnie jakbym odwiedził kogoś na wsi pod Warszawą, tylko tutaj bardziej prymitywnie. Taki ten świat, wszędzie jednaki. Wójcik przewiózł nas na drugi brzeg; na czworakach wdrapaliśmy się po pochyłości, — Wójcik odjeżdżał, dzieciaki wychyliły się z łódki, ręce zanurzyły w wodzie... Wójcik odpychał się drągiem, fajka mu sterczała spod wielkiego kapelusza, cichutko się oddalali, pomachaliśmy kapeluszami, przestaliśmy się widzieć.
— No, zdobyliśmy lokomocję, byle dalej, byle naprzód — mówił Grzeszczeszyn, kiedyśmy pięli się pod górę.
— A tak, to pan dobrze urządził — odparłem sapiąc.
— Przy Grzeszczeszynie pan nie zginiesz! Wytrwale przeprowadzę pana przez ten kraj wszerz i wzdłuż!
Miał rację, będę się go trzymał, o ile mi nie będzie wyczyniał