Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tego gada, ale na wygniecionem miejscu i wpobliżu nie zauważyłem nic niepokojącego.
— Gdzie jararaca, gdzież pan ją widzisz, u pioruna!?
— Jeszcze niema, ale przecież w Brazylji roi się od tych żmij! jak pan możesz być tak lekkomyślny, ukąsiłaby pana i pewna śmierć!
Zsiadł z konia i począł badawczo patrzeć w trawę. Siodłając konia, powiedziałem:
— Napędził mi pan tylko niepotrzebnie strachu, myślałem, że już ją mam gdzieś za pazuchą.
— Ale mogła być, niech pan się nigdy nie kładzie na gołej ziemi, nigdy!
Szybko opuściliśmy to miejsce, gdzie po raz pierwszy — wnioskujac ze słów Grzeszczeszyna — zetknąłem się z utajoną grozą dżungli. Więc już nigdy, jak długo tutaj będę, nie będzie mi danem marzyć, leżąc? Na drzewo też nie będę właził, by nie spotkać się z pumą. Ktoś mi opowiadał dość sugestywnie, że często z gałęzi drzew zwisają żmije, czekając na ofiarę. Wyobraziłem sobie te żmije zwisające w kędziorach i jeśli ja, jadąc konno, trafię głową w takie kędziory, to już po mnie. Nie mogę więc leżeć, jeździć konno, i przesiadywać na drzewach. Życie stało się nagle wściekle trudne. Grzeszczeszyn zdawał się myśleć ze mną jednakowo, bo nagle odezwał się:
— Tak panie, to nie chichi, tutaj trzeba uważać, a jeszcze choroby, a jeszcze pijany kaboklo! Wracaj pan lepiej do Warszawy, na pół czarnej!
Zaśmiał się rubasznie i zaraz po tym jego śmiechu ukazała się wdole rzeka, a nad rzeką młody Seniuk poił konia. Na przeciwległym brzegu tkwiły w słonecznej ospałości drewniane budynki. Cała mieścina wyglądała nędznie i odpychająco.
— Dlaczego pan został? — zapytał mnie Seniuk, kiedyśmy przejeżdżali wbród rzekę.
Powiedziałem o popręgu, z niechęcią myśląc jednocześnie