Strona:Zacharjasiewicz - Poseł-męczennik, Wilkońska - Sto lat dobiega.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
65
Sto lat dobiega.

Przy oknie otwartem stał młodzian nieliczący jeszcze lat dwudziestu, wysoko wystrzelony, szczupły i giętki. Twarz nader kształtnych rysów zdobiło dwoje modrych, pięknych oczów, z niedościgłem spojrzeniem; ponad świeżemi ustami półkołem pierwszy puszczał się meszek. Płowe włosy były nieco w nieładzie, jakby z wiatrem pokumane. Miał na sobie półżupanie granatowe, a białą szyję odsłoniętą całkiem. W zadumie patrzył się na dziedziniec, na gumna, gołębnik, bocianie gniazdo na gruszy przy bramie. To modre zaiskrzyły się oczy, że aż niby płomień nich trysnął, i jasne pogodniało czoło. To znowu rzewny zamigotał wyraz młodziutkiego uczucia.
Do komnaty weszła młoda dziewczyna, istnie siostrzany obraz chłopca przy oknie; drobniejszem tylko i bielszem było jej lice. Takież same modre oczy ciemna zdobiła brewka. Grube warkocze miękkiego włosa kształtną otaczały główkę. Miała na sobie skromną białą sukienkę w rzucik niebieski, lecz wyglądała strojno, tak wdzięczną jej była postać. — Na ustach rumianych uśmiech nie igrał wszelako, a modre gwiazdki łzami błyszczały.
Przysunęła się zlekka i położyła rękę na ramieniu młodego.
Zadrgnął i obejrzał się.
— Hanio moja! zawołał rozjaśnionem spojrzeniem, dzień dobry, kochana i — objął siostrę. W tem nagle zpochmurzał i zapytał: oczy twoje łez pełne! cóż tobie, siostrzyczko?
— Odjeżdżasz, Bogdanku! szepnęła i białe czoło na jego wsparła ramieniu.