Strona:Zacharjasiewicz - Poseł-męczennik, Wilkońska - Sto lat dobiega.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
63
Sto lat dobiega.

Z dziedzińca zamkowego czarny wygonił jeździec.
Podkowy wronego iskry sypały, a stukot ich łączył się z odgłosem wichru. Krwawo — płomiennie rozwarła się ciemna niebios opona. Jeździec w cieniach groźnej przepadł nocy.
Komnata szabelana ponury, jakby grobowy przedstawiała obraz. Świeczniki niedostateczne rzucały światło. Sklepiony sufit czarne zaległy smugi. Po oknach głucho dzwoniła burza.
Jaskrawy gzygzak rozświecił na chwilę carowej oblicze — niby uśmiechnięte szyderczo... szatańsko. Wicher spotęgowaną zahuczał siłą. Cały zamek zadrżał, a jedno z okien z trzaskiem na posadzkę wypadło.
Szambelan porwał się z krzesła, sino-blady, z rozwartemi szeroko a straszno oczami. Zadzwonił silnie. Pokojowiec przydążył.
— Poproś tu panicza! rozkazał pan zamku.
Sługa wybiegł i po niedługiej wrócił chwili.
— A co? uniósł dumną głowę szambelan.
— Pan Jerzy wyjechał.
— Dokąd?
— Nie wiadomo.
— Jak?
— Konno.
— Czy dawno?
— Gdy tak ciężko zagrzmiało.
— Gonić! szukać! pochwycił za taśmę od dzwonka i targał co sił starczyło.
Zbiegła się przerażona służba.
— Gonić za paniczem! Choćby w sto koni... Na strony wszystkie! Po wszystkich szlakach! Całe piekło