Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Żyję sama jak palec.
— To rzecz smutna wielce!
— Ach, certes! O mil ztąd siedm w Ordynackiej Belce
Mieszka Hrabina Iza, podobnież myśliwa;
Dom otwarty...
— Więc Pani u Hrabiny bywa....
— Ach czyż można z mym mężem? To dziwak jest rzadki,
Za nic nie włoży fraka i białej krawatki,
I formalnie się boi parkietów salonu;
Więc chociaż z Izią znamy się jeszcze z pensjonu,
Nie bywamy u siebie. — Et vous savez? w Belce
Dom jest na pańskiej stopie: dojeżdżacze! strzelce!
A gości zawsze pełno! — Ach mój mąż nie czuje,
Ile ofiar mnie kaprys ten jego kosztuje!
— Pojmuję, że to męki muszą być Prokusta!
Vous comprenez,' że mając z Izią wspólne gusta,
Mogłybyśmy odżywić świetnie przyjaźń starą,
I bawić się wybornie.
— I zasłynąć parą
Taką, jak niegdyś w Litwie z Dowejką Domejko.
Vous dites Monsieur?
— Pytałem Pani Dobrodziejko,
Czy mąż polować Pani i tutaj zabrania?
— Tegoby jeszcze brakło!
— A do polowania
Ma pani obszar w własnym majątku dosć wielki?
Une misère! sześćset morgów! Czasami tu z Belki
Zabiegnie dzik lub rogacz; — zresztą są chruściele,
Kuropatwy, szaraki, — zwierzyny nie wiele!