Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pozwólmy im szukać, rzekła piękna Astarte; tymczasem opowiem ci co wycierpiałam: ach! wszystko przebaczam niebu z chwilą gdy cię oglądam. Wiesz, że król, mój małżonek, krzywem okiem patrzał na to iż byłeś najmilszym z ludzi; z tej też przyczyny powziął, pewnej nocy, postanowienie, aby ciebie kazać udusić a mnie otruć. Wiesz, jak niebo dozwoliło, aby karzełek niemowa uprzedził mnie o rozkazie Wzniosłego Majestatu. Zaledwie wierny Kador zniewolił cię abyś mi był posłuszny i uciekał, zacny ten człowiek odważył się dostać do mnie, w nocy, tajemnem wejściem. Uprowadził mnie i zawiódł do świątyni Orosmady, gdzie jego brat, będący tameczsym magiem, zamknął mnie w olbrzymim posągu, którego podstawa sięga fundamentów świątyni, głowa zaś dotyka sklepienia. Byłam tam jakby zagrzebana żywcem; ale, dzięki opiece maga, nie zbywało mi na niczem. Tymczasem, o brzasku, aptekarz Jego Królewskiej Mości wszedł do pokoju, niosąc napój sporządzony z blekotu, makowca, szaleju, ciemierzycy i akonitu, inny zaś dygnitarz udał się do ciebie ze sznurem z niebieskiego jedwabiu. Nie znaleziono nikogo. Aby lepiej oszukać króla, Kador przyszedł oskarżyć nas oboje. Powiedział, że ty puściłeś się do Indyj, ja zaś do Memfisu; posłano zauszników w pościg za nami.
Gońcy, którzy mnie szukali, nie znali mnie. W ciągu mego królowania, nie ukazałam niemal nikomu swej twarzy, z wyjątkiem ciebie jednego, na rozkaz i w obecności małżonka. Biegli w pościg za