Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


V.

Król wjechał do miasta. Wracał z Sejmu w Łęczycy. Witany uroczyście, przy odgłosie trąb i kotłów. Połowa Krakowa wybiegła na jego powitanie, okazując niekłamaną radość.
Kochano dobrego króla, bo i jakże go nie kochać. Gdyby żył przed stu laty, potomność nadałaby mu pewnie ten przydomek i jak mieliśmy Chrobrych, Gnuśnych, Wstydliwych, Śmiałych i Wielkich, tak byłby i Dobry. Ale patryarchalne czasy przeszły, nastały wieki polityczne. Nie wrócą już chwile, kiedy król, siedząc pod rozłożystym dębem, słuchać będzie sprawy biednego kmiecia lub mieszczanina i wymierzać im sprawiedliwość. Drżał też wówczas tak dobrze pan Maćko Borkowicz, jak biskup krakowski. Dziś, gwoli sercu, król spełnia dobro po cichu, bo nużby spostrzegli ci, którzy tylko dla siebie to dobro garnąćby radzi? Napiszą też o nim, wywdzięczając się, że rozrzut-