Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Myśmy o tem nie myśleli. Pocóż Bóg dał nam serca? A jeżeli dał, kochać się musimy.Ja już tak dawno go kocham. Byłam jeszcze dzieckiem w Wilnie.
Król popatrzył czule na dziewczynkę, potem spojrzał na Korybuta. Chwilę się zamyślił, wreszcie skinął nań.
— Pójdź tu, chłopcze.
Korybut zbliżył się.
— Czy chcesz ją mieć?
— Gdy łaska Waszej Królewskiej Mości mi ją odda, będę najszczęśliwszym z ludzi.
— To ją weź.
Młodzi oniemieli z podziwu i radości. Rzucili się królowi do kolan. Między pannami powstał ryk płaczu. Nawet stara ochmistrzyni łzy ocierała.
Rozmowa, jakkolwiek odbywała się półgłosem, jednak słyszaną była dobrze przez wszystkich, a przytem sam fakt był tak wymowny, że radość całego niewieściego dworu nie miała granic.
— Jesteś Wasza Królewska Mość dobrym jak sam Bóg Ojciec — rzuciła pani Elżbieta, padając przed królem na kolana.
— Ale ja i surowym być potrafię — odparł król — i jak się raz jeszcze Zbigniew poskarży na waćpanią, będę musiał was ukarać.
— Postaram się, abym na to nie zasłużyła.