Strona:Wincenty Rapacki - Król Husytów.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stara pani Zarembowa, wyprostowana i drżąca, ale nie tracąca powagi i rezonu, odrzekła:
— To niechże ksiądz Zbigniew czyta te książki, bo ja się na nich nie znam, czy one anielskie, czy heretyckie, a co się tycze dobrego sprawowania i bezpieczeństwa, to może Wasza Królewska Mość być spokojną i polegać na mnie bezpiecznie.
— Masz słuszność. Im wszystko wadzi.Wszędzie heretyków wietrzą. Hm, heretycy! W heretykach widzę więcej zacności i uczciwości, niżeli w prawych chrześcijanach. Ot, ładnie postąpił twój przyszły mąż Jadwigo. Chytry niemiec odmówił mi posiłków przeciw Krzyżakom, chociaż się przysięgą do nich zobowiązał. Niech go czart porwie. Pójdź tu, Jadwigo.
Dziewczę nieśmiałe i drżące przystąpiło do ojca.
— Zwalniam cię z tych zaręczyn. Skończone wszystko.
Jadwiga do nóg mu padła ze łzami radości.
Król ją podjął z dobrocią, posadził przy sobie i spytał po cichu, spojrzawszy na Korybuta, który stał ze spuszczoną głową, przylepiony do ściany.
— Czy wy się kochacie?
— Tak, mój ojcze.
— Ależ on twoim stryjecznym bratem, to grzech. Kościół nie pozwoli.