Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


opokę, wysterkającą z wody, tak iż ów padł bez życia w odmęt; fale jęły spłókiwać jego język, który Bóg uczynił cierpkim, o czem wieść gminna głosić będzie w późne lata. Wtedy zabójca, bodąc konia ostrogami, popędził, jak oszalały, wzdłuż brzegu rzecznego ku północno-zachodowi i zatrzymał się, póki nie dojechał do innego, płytszego brodu i nie ujrzał wchodzącego miesiąca, odbitego w wodzie. Przystanął, wahając się przez chwilę, a następnie przeprawił się wbród i jechał bez wytchnienia przed siebie, aż przebywszy Góry Wole, skierował się w stronę morza; wzrok jego prawie bez przerwy spoczywał na tarczy księżyca, który błyszczał w ciemności, niby wielka biała róża, pnąca się po kracie okiennej jakiegoś gmachu czarodziejskiego i niezmierzonego. Lecz naraz, koń jego, oddawna już zwalany potem i setnie zziajany, ponieważ jeździec podniecał go ostrogą do pędu, dobył sił ostatnich i zwalił się ciężko, zrzucając Costella na trawę przy drodze. Próbował go podnieść na nogi, a gdy mu się to nie powiodło, ruszył sam jeden piechotą w stronę światłości księżycowej; doszedł tak nad morze, gdzie spostrzegł żaglowiec, spoczywający na kotwicy. Dopiero teraz, gdy już nie mógł iść dalej ze względu na toń morską, poczuł, że jest śmier-

175