Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystko przyjęło na się pozory czegoś niezniszczalnego, z wyjątkiem robaczka świętojańskiego, którego nikły płomyczek migotał wciąż w pomroczy, przelatując zwolna tam i sam; była to jedyna istota, co zdawała się mieć życie, jedyna, co wydawała się tak znikomą, jak nadzieja śmiertelników. Chłopiec nazbierał pełne naręcza róż i lilij i wetknąwszy robaczka świętojańskiego pomiędzy one perły i rubiny, zaniósł wszystko do izdebki, gdzie siedział staruszek nawpół drzemiąc. Sypał garść za garścią na stół i na podłogę, a potem, cicho zamknąwszy dźwierze, rzucił się na posłanie z szuwarów, by śnić o błogiej przyszłości z żoną przy boku i śmiechem dziatwy w uszach.
O świcie zbudził się i wyszedł na brzeg jeziora, biorąc z sobą klepsydrę. Nałożył w łódź zapas chleba i flaszę wina, żeby jego panu nie zabrakło strawy pod koniec podróży; następnie usiadł, by oczekiwać, aż upłynie godzina od świtu. Ptaszęta coraz to głośniej podzwaniały pieśnią, a gdy przesypywały się ostatnie ziarenka piasku w klepsydrze, zdawało się, że wszystko, co żyje, naraz rozbrzmiało ich gędźbą. Była to najpiękniejsza i najbardziej ożywiona pora roku; można było dosłuchać się niejako tętniącego serca wiosny. Chłopiec powstał i poszedł, by odnaleźć swego

123