Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biegać będzie pierwsza godzina po wschodzie słońca, powinieneś przyjść i mnie odszukać.
— Czy będziesz wtedy całkiem młody? — zapytał chłopiec.
— Będę wtedy tak młody jak ty, mój chłopcze, lecz teraz jestem jeszcze stary i znużony, więc musisz mi pomóc, bym się dostał do swego krzesła i książek.
Skoro chłopak dostawił Aengusa, syna Forbisa, do jego izdebki i zapalił kaganek, który dzięki jakowymś sposobom czarnoksięskim wydał miłą woń, jakby z jakichś przedziwnych kwiatów płynącą, pobiegł w las i dalejże ścinać zielone gałęzie leszczyny i wielkie pęki sitowia, rosnące na zachodnim krańcu wyspy, gdzie niskie skały ustępowały miejsca lekko staczającym się piaskom i ziemi gliniastej. Noc zapadła, zanim naciął ich tyle ile mu było potrzeba, a już dochodziła północ, gdy zdołał dowlec ostatni pęk na miejsce przeznaczenia i wyprawił się po lilje i róże. Była to jedna z tych ciepłych, uroczych nocy, gdy każdy przedmiot zdaje się być wyrzeźbionym z drogich kamieni. Bór Slenth’cki w dali ku południowi wyglądał, jak wyciosany z zielonego berylu, a wody zwierciadlane lśniły jak blady opal. Róże, które zbierał, były jako pałające rubiny, a lilje miały przyćmiony połysk.

122