Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zamorskie, które, choć wyszywane w cudaczne wzory, mniej się jej podobały niż jasne szaty z jej stron rodzinnych. I wciąż nie wiedziała, czy ma się uśmiechać, czy zżymać, czy być powolną, czy odmówić swej ręki. On składał jej u stóp swą mądrość i opowiadał, jak to bohaterowie, skoro pomrą, powracają na ziemię i zaczynają nanowo swe trudy, jak wesoły i łagodny ludek Dei wypędził ogromne, posępne i niekształtne Plemię Podmorskie... i mnóstwo innych rzeczy, o których nawet Sidhe zapomniały, albo dlatego, że zdarzyły się tak bardzo dawno, albo, ponieważ nie miały czasu o nich myśleć. Wciąż jeszcze ona nawpół się wzdragała, a on wciąż miał nadzieję, ponieważ nie mógł uwierzyć, by piękność, tak pokrewna mądrości, może osłaniać serce zgoła pospolite.
Na zamku był pewien smukły młodzieniaszek, co miał włosy płowe, a był zręczny w zapasach i ujeżdżaniu koni. Pewnego dnia, gdy król przechadzał się po ogrodzie, znajdującym się między mostem zwodzonym a lasem, posłyszał jego głos wśród zarośli łoziny, które osłaniały wodę fosy.
— Mój kwiecie, — mówił ten głos, — nienawidzę ich, że każą ci wplatać te śniade pióra w twe piękne włosy, a to wszystko w tym celu,