Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CXXIV.

Jest li ma miłość li dzieckiem próżności,
Los bękartowi wnet ojca odbierze;
Czas, co miłuje i Czas, co się złości,
To w chwast ją wliczy, to znów w kwiaty świeże.
O nie wytworem przypadku jest ona,
Jej nie dokucza pyszniący się zbytek,
Niezadowoleń cios jej nie pokona,
Których tak pełen jest dziś świat nasz wszytek;
Jej nie przeraża polityka żadna,
Kacerz, co zmierza do rychłego końca,
Ona li sama jest tutaj wszechwładna,
Wzrost jej nie zawisł od deszczów ni słońca.
O, błaźni czasu o tem świadczyć mogą,
Co marli w cnocie, a szli grzechu drogą.




CXXV.

Mam ja baldachim nosić nad twą głową,
Zewnętrznym hołdem czcić zewnętrzność twoją
I o budowie myśleć za budową,
Co się przed czasem przecież nie ostoją?
Iluż tom widział takich, co stracili
Wszystko i więcej, drogo płacąc za to,
Że, mając skromną strawę każdej chwili,
Chcieli w swej pysze ucztować bogato!
Nie! Ja w twem sercu chcę ci składać modły,
Przyjmij ofiarę: biedną, lecz z niej płynie
Szczerość, nie mąci jej dodatek podły:
Pragnę, byś moim był, ja twym jedynie.
Odstąp, potwarco! Nigdy wiernej duszy
Choćby największa potwarz nie poruszy.